Day 685 – ostatni dzień w pracy

1 października 2010 przyjechałem do Hillsboro kontynuować, rozpoczęte w Polsce, szkolenie lotnicze. W 12 miesięcy wylatałem mnóstwo godzin, zdobyłem Instrument Rating, licencję zawodową zarówno na jedno- jak i wielosilnikowe samoloty, a po drodze jeszcze Seaplane Rating. Kilka miesięcy później zostałem instruktorem i zacząłem szkolić w Hillsboro Aviation. Dziś, po prawie 8 miesiącach pracy i dokładnie dwa lata po przybyciu do Stanów, kończę (przynajmniej na razie) swoją przygodę z lataniem w USA.

hai_group.jpg

Większość pewnie zapyta: „Dlaczego? Przecież na wizie mógłbyś zostać i pracować jeszcze przez 16 miesięcy.” To prawda. Zacznę jednak od małego podsumowania, będącego kontynuacją zestawienia z początku roku.

W Stanach wylatałem ponad 930 godzin, jako instruktor prawie 660. Doliczając do tego nalot z Polski, w logbooku mam prawie 995 godzin (równy 1000 wyglądałby lepiej, ale przy konwertowaniu licencji i tak będę musiał kilka godzin wylatać, więc do 1000 spokojnie dobiję). W warunkach amerykańskich to jeszcze niezbyt imponująca liczba, ale w Polsce czy nawet Europie tysiąc to już coś. Z resztą, pracodawcy na Starym Kontynencie niestety niezbyt cenią sobie nalot w General Aviation, a szczególnie na samolotach tłokowych. Krótko mówiąc, co było do osiągnięcia w USA, już osiągnąłem.

hoursbymonth.jpg

Ktoś pewnie wtrąci inne pytanie: czy warto było w takim razie robić kurs MEI, skoro jako instruktor multi-engine miałem okazję popracować tylko przez 1.5 miesiąca. Myślę że tak, z kilku powodów. Po pierwsze latanie na multi-engine to nowe, bogatsze doświadczenie. Po drugie, mimo że dość krótko pracowałem na Seminolach, udało mi się wylatać około 50 godzin jako instruktor, co daje mi sumaryczny nalot na ME w granicach 85h. W tym 40h IFR PIC wymagane do pracy w załodze jednoosobowej (zgodnie z przepisami EU OPS). Po trzecie, gdybym nie miał uprawnień MEI prawdopodobnie nie udałoby mi się zamknąć pobytu w USA na wspomnianych 995 godzinach.

Jedyne czego trochę żałuję, to że brakło mi kilku tygodni na zdobycie 100h multi-engine. Nie żeby w Polsce czy Europie było to szalenie istotne, ale gdybym kiedy zdecydował się wrócić do USA, większość firm będzie chciała widzieć przynajmniej 100h ME.

hoursbytype.jpg

Praca instruktora bywa momentami ciężka, szczególnie w lecie gdy trzeba na nią poświęcić nawet 14-18 godzin dziennie, przez 6 dni w tygodniu. Ale jest to też praca bardzo satysfakcjonująca: gdy widzi się ucznia dotykającego kołami pasa podczas pierwszego solo, albo podejmującego dobrą decyzję o zaniechaniu lądowania na lotnisku na którym wieje silny wiatr. Czasem frustrująca, gdy po długim przygotowaniu do lotu zauważamy w samolocie niedziałający przyrząd, czasem przerażająca gdy kilkadziesiąt metrów pod nami pojawia się znienacka jakaś Cessna. Niekiedy stresująca, gdy kontroler upycha nas na podejściu między dwa odrzutowce, bywa też nużąca, gdy po raz setny każe nam kręcić ten sam holding nad tym samym VORem. Ale i tak jest to jedna z najlepszych prac na świecie, bo pozwala nam codziennie być w powietrzu, podziwiać widoki, rozkoszować się pięknem otaczającego świata, zmusza nas planować do przodu, wyostrza zmysły, mobilizuje do perfekcji, a czasem nawet pozwoli wziąć sprawy w swoje ręce i pokazać uczniowi naprawdę dobre short field landing.

To czemu zdecydowałem się teraz wrócić do Polski? Najważniejszym powodem są studia. Przed wyjazdem do USA wziąłem urop dziekański i został mi jeszcze rok na skończenie licencjatu. Jak to mówią: „pilotem się bywa, a nie jest” i lepiej zabezpieczyć się na ewentualną burzliwą przyszłość. Gdybym zdecydował się zostać w USA na dłużej mógłbym teoretycznie (za zgodą dziekana) wrócić do kraju w październiku 2013, ale… w lecie przyszłego roku tracą ważność moje egzaminy ATPL. Musiałbym być w Polsce w okolicach kwietnia-maja 2013 żeby „bezpiecznie” przejść przez konwersję. Zostałbym więc w Hillsboro na 7-8 zimowych miesięcy, zyskując ok. 500h nalotu, ale jednocześnie tracąc pełny rok, bo na powrót na studia i tak czekałbym do rozpoczęcia nowego roku akademickiego, czyli października 2013. A wtedy o jakiejkolwiek poważniejszej pracy w zawodzie mógłbym myśleć dopiero w lipcu 2014.

Dla miłośników statystyk załączam jeszcze mapę wszystkich lotnisk (i przygodnych jezior), na których udało mi się wylądować będąc w Stanach.

namerica.jpg

Jak widzicie, przydało by się jeszcze do USA kiedyś wrócić, bo odkryłem tylko mały skrawek tego super przyjaznego lotnictwie kraju. Zoom na Pacific Northwest:

mapa.jpg

I jeszcze zbliżenie na rejon samego Portland, Oregon:

mapa2.jpg

Pozdrawiam wszystkich czytelników i dziękując za dotychczasowe wsparcie pragnę uspokoić, że to nie koniec tego bloga :) Już niedługo kolejne wpisy!

16 komentarzy do wpisu “Day 685 – ostatni dzień w pracy

  1. Michał wielkie dzięki za to, że mogliśmy uczestniczyć w Twojej przygodzie! Dzięki takim osobom jak Ty czy Piotrek Konopiński widać, że marzenia mogą się urzeczywistniać…
    Jeszcze raz dziękuję i czekam na kolejne wpisy :)

  2. Ten post mnie bardzo zaskoczył myślałem jak pewnie wielu czytelników że zostaniesz w stanach na stałe.

  3. Szkoda też myslalem ze zostaniesz w USA. Mam tez plany wyjazdu na szkolenie w USA ale to za jakiś czas. I mialem cicha nadzieje ze będziesz dalej instruktorem w szkole ale cóż wszystko sie kiedyś kończy

  4. Fajnie sie czyta bo to taki happy story, Studia Studiami to tylko papier ale tez moze byc potrzebny kiedys, mysle ze masz wystarczajaco oleju w glowie zeby dac sobie rade.
    a co na to GF w USA? nie bedzie tesknic ;)?

  5. To naprawdę udany wyjazd: uprawnienia zrobione, nalot natrzaskany, dziewczyna (niczego sobie) zapoznana… Chłopaki, jak po licencję, to tylko do US!!! ;)

  6. Zaskoczyłeś mnie, ale podejście jak najbardziej prawidłowe. Trzeba będzie się przyzwyczaić, że z latania w PL nie będzie takich fajnych zdjęć (widoki). Napisałeś, że to nie koniec bloga i trzymam za słowo, bo ostatnio coraz więcej blogów, które czytam i vlogów, które oglądam niespodziewanie się kończy.
    Pewnie do tej poru już jesteś w Polsce :)
    Powodzenia Michale!

  7. Kiedy możemy się spodziewać jakiś wpisów? Czy to już koniec bloga? Jeśli tak to szkoda wielka bo dobrze piszesz ;)

  8. Myślę że za jakieś dwa tygodnie zacznie wpadać kilka wpisów, muszę się uporać z sesją.

  9. Myślę że mogę się wypowiedzieć też za innych czytelników: czekamy z niecierpliwością ;)

  10. Znalazłem twoją stronę w 2011 roku będąc człowiekiem, który bardzo chciał latać. Czytałem z zaciekawieniem o Twoich osiągnięciach i próbowałem wyobrazić sobie, jak by to było… Przez ten czas udało mi się pomimo tyłów finansowych zrealizować jednak część swoich marzeń. Znalazłem swoje lotnisko, poznałem wspaniałych ludzi i zacząłem latać. Udało mi się zrobić licencję ULL i kupić stary, ledwo ale jednak latający samolocik. Zbudowałem skromny nalot jednak pomimo lekkości i skromności mogę powiedzieć – Udało się!. Jak człowiek chce i ma trochę szczęść, to naprawdę można. Po części to też Twoja zasługa. Keep going!

  11. Michał mógłbyś przesłać na mojego maila plik z google earth z zaznaczonymi lotniskami które odwiedziłeś? Dzięki

  12. Pewnie. Swoją drogą zaktualizowałem pierwszą mapę w tym wpisie, bo dopiero teraz zauważyłem że brakowało na niej wielu lotnisk.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *